[...] To, co jest, to jeszcze nie dla niego. On pójdzie wyżej. I szedł. Miał w tym zajadłym, pracowitym wyrastaniu, w tym kuciu nocami poczucie, jakby wlokącą naprzód jakąś złą konieczność. To ona przywracając mu niezależne miejsce, które się należało jego chłopskiej klasie, zmuszała go, aby być kimś jeszcze więcej.

Nie  tylko kiedy doganiał równieśnych mieszczańskich synków z maturami. Gonił ich i potem zostawiał za sobą w każdej dziedzinie.

Gdy okazało się, że jeden z jego kolegów zna język francuski, po trzech latach, już po studiach, zagadał kiedyś do niego w niepięknej, ale pracowitej francuszczyźnie, gdy obaj zetknęli się na Kongresie Obrońców Pokoju jako najmłodsi delegaci.

Tą dziką harówką zagadać chciał w sobie najpierw strach, potem niepokój, wreszcie już tylko poczucie zawstydzającej nietożsamości.

Było coś z tego i w jego karierze działacza, która wynosiła go może jeszcze szybciej niż fachowa wiedza i uzdolnienia.

W czasie gdy młoda władza stawała się podejrzliwa i tępiła wrogów, często urojenia biorąc za rzeczywistość, on we wszelkie takie procesy wierzył i wściekle reagował na wszelkie wątpliwości.

Jego zdaniem nigdy nie dosyć było czujności, wróg mógł być wszędzie.

Gdy miał wątpliwości, mówił o swoim poległym bracie, z fanatyzmem i zajadłością atakował potem wroga. Nikt nie kwestionował jego szczerości, choć źródła miała zmącone. [...]

Roman Bratny, Losy, Wydawnictwo "Czytelnik", Warszawa 1973 s. 156-7

pogoda.net