Z dawien dawna wiadomo, że zwycięzca jest tylko jeden. Niestety nie byłem nim ja. Jury ogólnokrajowego konkursu przemówień oskarżycielskich prokuratorów w Poznaniu zakwalifikowało do finału kol. Wojciecha Michałka – późniejszego wieloletniego wizytatora Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu.

Ja musiałem zadowolić się drugim miejscem. Miałem jednak powody do zadowolenia. Wystąpienie było udane, wygłosiłem je w regulaminowym czasie, konkurencja też była spora.

W tamtych latach do wystąpień oskarżycielskich przywiązywano dużą wagę, a mój pierwszy szef Mikołaj Friedel był wzorowym przykładem rasowego mówcy sądowego. Pod wrażeniem jego celnych merytorycznie i przyprawionych odpowiednio dozowanymi emocjami wielu oskarżonych chowało głowę nie tylko w ramiona. Wielokrotnie miałem okazję widzieć, jak unikając wzroku przemawiającego prokuratora chowali się po prostu za swoich obrońców.

Z kolei teorię wystąpień przed sądami poznawałem na szkoleniach prowadzonych przez Bohdana Voelkla – naczelnika Wydziału Sądowego Prokuratury Wojewódzkiej w Zielonej Górze. Myślę, że sporo się od nich nauczyłem.

Później w czasie pracy na poziomie prokuratur powiatowych czy rejonowych miałem oczywiście możliwość wielokrotnie występować z przemówieniami przed sądami różnych instancji. Co może niektórych dziwić, ale wolałem sprawy, gdy oskarżony miał obrońcę. Zwłaszcza z wyboru. Mogłem wtedy koncentrować się przede wszystkim na oskarżaniu. Przemówienia w sprawach bez obrońcy wymagały podniesienia przez prokuratora także wszelkich znanych mu argumentów na korzyść oskarżonego.

Anegdotycznie niemal wypada wspomnienie jednego z oskarżonych, który w trakcie mojej mowy rozpłakał się i nie mógł wypowiedzieć przysłowiowego „ostatniego słowa”. Na pytanie sadu o przyczynę płaczu odpowiedział zaskakująco: nigdy jeszcze nie usłyszałem na mój temat tyle dobrych słów, ile wypowiedział pan prokurator.

Na sali sądowej nie wszystko przebiega więc według stereotypowych schematów.

Jan WOJTASIK

pogoda.net